Dziś zasypuję Was sporą dawką zdjęć zHush Warsaw, bo po wyjściu z Narodowego nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to był najlepszy event tego typu na jakim ostatnio byłam.
Z różnych względów. Przede wszystkim czapki z głów dla Magdy Korcz i Ani Pięty za to, że zaprosiły tak wielu i przede wszystkim tak zróżnicowanych designerów. W końcu nie miałam wrażenia, że jedyne co oferują projektanci to szare, dresowe bluzy / sukienki ewentualnie oversize'owe t-shirty, do których oczywiście nic nie mam, ale od takiego miejsca mam prawo oczekiwać czegoś więcej. Prawdziwej mody. Pomysłów. Świeżości. Nie sklonowanych stoisk. Nie każdy lubuje się w sportowym minimalizmie. Odbiorca chce mieć wybór. I ten wybór na Hashu był. Proste pomysły (które jak się okazuje nie są takie oczywiste), jak plansze z wypisanymi nazwami marek, spora ilość luster w miejscach, gdzie nie było przymierzalni, ustawienie punktów z kolekcjami czy podział całości na strefy pomagały w zorientowaniu się co, kto i gdzie, a to zdecydowanie oszczędzało czas. Znalazłam tam marki, których wcześniej w takich miejscach nie spotkałam. Mogłam przekonać się własnymi zmysłami czy dajmy na to kostium Reform, nad którym się zastanawiałam jest wart tych 220 zł. Jakieś minusy? Czytałam opinie, że tłok, że gorąc, że nie było czym oddychać. Nie potwierdzam. Dotarłam na miejsce na 2h przed końcem imprezy, więc pewnie dlatego szczęśliwie cały ten szał mnie ominął. Z drugiej strony, skoro przez te kilka godzin przewinęło się tam 20.000 osób nie ma się czemu dziwić. Tylko gratulować sukcesu. Organizatorki zaserwowały nam przemyślaną, inspirującą przestrzeń pełną dobrej mody. Cóż można dodać? Dzięki!
Dziś mam dla Was weekendowy set. Miejski. Casualowy. W 100% w klimacie lat 90. Jeans to zdecydowanie to, po co sięgam, kiedy chcę się czuć wygodnie. Boyfriendy to aktualnie ulubiony model, więc możecie się ich tu jeszcze spodziewać. Pokazywałam je z oksfordami, tym razem padło na białe pantofle.
Pierwszy komentarz jaki usłyszałam na temat stroju ? - No, chodzący baner Coca-coli! Pff... Serio? Whatever. Bo jakoś się nigdy tym nie chwaliłam, ale jestem regularnie komentowana i nie mówię tu rzecz jasna o blogu. Prym szczególnie wiodą starsze panie i ekspedientki z mojego sklepu za rogiem (modowe ekspertki, jakbyście nie wiedziały), które załamują ręce nad dziurami w spodniach i poszarpanymi nogawkami. Na szczęście jestem asertywna i ani myślę ulegać negatywnym heterosugestiom. Dobrodusznie się uśmiecham i wszystko tłumaczę różnicą pokoleń. Wracając do topu. Logo Coca-coli jest dla mnie kultowe i wypraszam sobie wszelkie kąśliwe uwagi pod jego adresem. Powiem więcej, gdybym tworzyła swoją listę Back to 90. to pod "C" byłby właśnie ten napój. Smak szczenięcych lat, pity tylko w niedzielę, bo wiadomo, że na co dzień była oranżada.
Enjoy :)
ZDJĘCIA : Maciej
jeans - PEPE JEANS (second-hand) || denim vest - second-hand || top - ROMWE || heels - Elilu bracelets - US, Maja Racja, Malvaretki, Glitter || bag - Zara
Do cholery, czy ja jestem naprawdę ostatnią osobą, której noga nie stanęła w ex-stolicy?
Tak, otóż nigdy nie byłam. Nie wstydzę się tego. Co więcej, (prze)żyłam z tą świadomością całe 25 lat. Ale.. not any more. Przeszłam na drugą stronę mocy, wsiadłam w pociąg Warszawa-Kraków (kto by pomyślał, że w Warsie mają taką dobrą sałatkę grecką, którą trzeba jeść całe 3h, żeby mieć gdzie siedzieć) i dołączyłam szczęśliwie do grona tych co byli. Widzieli. I podobało się, a jakże.
W Krakowie czas jakoś wolniej płynie. Wszędzie jest blisko, więc można zwiedzać pieszo.Wszystko jest kameralne i przytulne. Stare, to i stylowe. Panie ekspedientki bardziej uśmiechnięte. Ogólnie panuje szeroko pojęty luz.
No ale po kolei.
W A W E L
Jak na żółtodzioba przystało zaczęłam od miejsca, które plasuje się gdzieś w pierwszej trójce krakowskiego must see.
Panie, panowie na lewo Wisła, na prawo Zamek Królewski. No, uroczo, uroczo :)
Nabijam się delikatnie, ale tylko dlatego, że nie jestem fanką szlaków turystycznych. Nie lubię tych szalejących tłumów z mapami w rękach. Grupek podążających za przewodnikami, którzy na głowach mają kolorowe czapeczki / parasoleczki / chorągiewki czy inne pierdoły - co by się nie pogubić.
Wszystko to jest dla mnie antonimem poznawania. Jak tu się delektować chwilą, jak tu się zatrzymać i poczuć, kiedy w słuchawce ktoś się drze "idziemy dalej". Aż mnie mierzi...
A z drugiej strony być w Karwowie i nie być na Wawelu? To jak zjeść schabowego bez ziemniaków i surówki. Czujecie klimat?
Cześć jestem maniak - głosi napis przy Bankowym, a ja się pod nim podpisuję. Każdą kończyną.
Maniakalnie kolekcjonuję momenty. Te kiedy uczę się na nowo słuchać Beatlesów. Kiedy słońce głaszcze moją twarz, a pod palcami czuję mokry piasek. Kiedy przy czerwonym winie od nocy do rana i od rana do nocy gadamy. Kiedy się śmieję. Kiedy marzę. Kiedy czytam. Kiedy jedziemy za miasto z prędkością co najmniej nie dozwoloną i śpiewam na całe gardło "Na jednej z dzikich plaż" i "Drzwi". Kiedy jem zerwane z krzaka maliny ( takie są uroki 'posiadania' dziadka co na wsi mieszka ). Kiedy nocą, w rytmie miasta łazimy tu i tam. Kiedy pakuję walizkę i wiem, że już za moment, już za chwilę zobaczę nowe i nieznane - bliskie czy dalekie, who cares! Kiedy kroję, siekam, ćwiartkuję. Kiedy biegam po Saskim i pot cieknie mi z czoła. Kiedy słyszę migawkę aparatu. Kiedy widzę dawno niewidziane twarze. Kiedy tańczę. Kiedy zasypiam. Kiedy się budzę ( no tu mnie poniosło ). Jestem szczęśliwa.
A co z rzeczami? No bo Collect moments ,not things... Ale przecież za asymetryczną bluzą może kryć się coś więcej. Uśmiech dziewczyny, która ją zaprojektowała. Włoskie wakacje, na których kupiła materiał. Inspirujące popołudnie wśród ludzi z tą samą zajawką.